Nie czytałeś poprzedniej części? Sprawdź: To tylko osoba towarzysząca cz. II
Maks dołożył wszelkich starań, żeby wyglądać na mojego faceta. Doskonale pamiętał o wszystkich ustaleniach, znał imiona moich przyjaciół, a nawet pamiętał jakieś historie z nimi związane, o których mu opowiadałam. Był tak wiarygodny, że w pewnym momencie nawet ja zaczynałam się zastanawiać, czy to rzeczywiście ten facet, którego poznałam tydzień temu na aplikacji randkowej. Na dodatek okazał się duszą towarzystwa, znakomicie odnajdując się w rozmowach z rodzinami młodych i towarzyszami zabaw.
Kiedy orkiestra zaczęła grać wolniejszy utwór, Maks odstawił kieliszek i wyciągnął do mnie rękę.
– Chodź.
– Nie tańczę.
– Pół godziny temu powiedziałaś ciotce panny młodej, że uwielbiamy razem tańczyć i musimy dostarczyć im dowodów.
Spojrzałam w stronę stolika Marka. Rozmawiał ze swoją partnerką, ale siedział zwrócony w naszą stronę. Wystarczyłoby, żebym wstała, a na pewno by nas zauważył.
– Robimy to tylko dla pozoru – uprzedziłam.
– Oczywiście.
Maks powiedział to z powagą, lecz kącik jego ust drgnął w namiastce szelmowskiego uśmiechu. Podałam mu rękę i pozwoliłam zaprowadzić się na parkiet. Początkowo byłam świadoma każdego ruchu, jego dłoni na moich plecach, swojej ręki opartej na jego ramieniu i odległości między naszymi ciałami. Cały czas zastanawiałam się jednak, czy wyglądamy przekonująco i czy Marek nas obserwuje.
– Patrz na mnie, a nie rozglądaj się wokół – upomniał mnie Maks. – Zostaw to wszystko. To ja cię prowadzę.
Miał rację, niepotrzebnie przejmowałam się wszystkim dookoła, a w ten sposób traciłam przyjemność z tego, co tu i teraz. Dałam się ponieść ruchom Maksa i zapomniałam się na chwilę. Dopiero wtedy zauważyłam, że wcale nie muszę kontrolować każdego kroku. Kiedy obrócił mnie pod ramieniem, omal nie wpadłam na starszego mężczyznę tańczącego obok. Maks przyciągnął mnie do siebie i przez moment znalazłam się tak blisko, że poczułam jego oddech przy skroni. Nie odsunęłam się. Tańczyliśmy teraz bez planu i bez troski o to, czy wyglądamy jak para z kilkumiesięcznym stażem. Pozwoliłam mu się prowadzić, dotykać i obejmować, choć wiele z tych gestów wykraczało znacznie poza reguły tańca oraz naszą umowę.
Kolejny wolny utwór dobiegł końca i postanowiliśmy się przewietrzyć. Wyszliśmy przez oszklone drzwi do ogrodu, a za nami wciąż rozbrzmiewała stłumiona muzyka. Większość gości została w środku, więc po raz pierwszy tego wieczoru byliśmy sami. Usiadłam na niskim murku, a Maks zdjął marynarkę i podał mi ją bez słowa. Pachniała dyskretną wodą kolońską, mydłem i czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Przed kilkoma dniami w kawiarni wpisałam do notesu jego pracę i ulubiony film, ale nie byłam w stanie zanotować, jak pachnie jego marynarka. Odkryłam to dopiero teraz.
– Dlaczego się zgodziłeś na to wszystko? – zapytałam. – Mógłbyś umówić się z kimś normalnie. Bez notesu, zasad i eks faceta obserwującego każdy twój ruch.
Oparł dłonie o murek. Przez chwilę patrzył na oświetlone okna sali.
– Właśnie nie chciałem umawiać się normalnie – zaczął i zrobił pauzę, ale po chwili zdobył się na szczere wyznanie. – Byłem w wieloletnim związku, mieliśmy piękne plany, dom, dzieci, wakacje na egzotycznych wyspach, ale ona odeszła do innego, bo podobno nie spełniłem oczekiwań. Nie chcę cię zanudzać szczegółami.
Westchnął cicho.
– Dlatego spodobała mi się twoja propozycja. Jedno wesele. Jasne zasady. Żadnych obietnic.
Zrobiło się nagle poważnie i chcąc zająć ręce, poprawiłam marynarkę na ramionach.
– A ty? Dlaczego postanowiłaś przyjść z osobą towarzyszącą z ogłoszenia? Przecież nie musiałaś niczego udowadniać temu Markowi.
Skoro on powiedział prawdę, uczciwość wymagała, żebym zrobiła to samo.
– Chciałam, żeby przez jeden wieczór nikt się nade mną nie litował. Żeby Marek zobaczył, że świetnie sobie radzę.
– A radzisz sobie?
– Czasami – odpowiedziałam. – A czasami mam wrażenie, że wszyscy ruszyli dalej, tylko ja jestem spóźniona i przegapiłam sygnał.
Maks stanął przede mną i zrobił bardzo poważną minę.
– Nie jesteś spóźniona, Lena. Wszystko robisz we własnym tempie i bez presji.
Mężczyzna nie powiedział, że jestem piękna ani że Marek był idiotą. Powiedział dokładnie to, czego potrzebowałam, chociaż sama nie umiałabym tego nazwać. Po raz pierwszy poczułam, że decyzja o zabraniu ze sobą Maksa była jedną z najlepszych w ostatnich miesiącach.
Wróciliśmy do sali kilka minut później, a gdzieś w tłumie gości drogę zastawił nam Marek. Trzymał w dłoni szklankę i uśmiechał się w ten znajomy sposób, który kiedyś brałam za pewność siebie.
– Zgrany z was duet – powiedział tak, żeby wszyscy go słyszeli. – Prawie można uwierzyć.
– W co? – zapytałam.
– Że naprawdę jesteście razem. Lena zawsze za bardzo się stara, kiedy chce coś udowodnić. Teraz też to widzę.
Poczułam, jak wraca całe napięcie, o którym na chwilę zapomniałam. Maks stanął bliżej i objął mnie ramieniem.
– Nie musimy niczego udowadniać – powiedział spokojnie. – Ale jeśli masz taką potrzebę, to możemy ci ulżyć.
Maks spojrzał na mnie, a w jego oczach pojawiło się coś, czego nie było w naszej umowie.
– Mogę cię pocałować? – zapytał zgodnie z ustaleniami.
– Tak – odparłam.
Dotknął dłonią mojego policzka i pochylił się powoli, zostawiając mi czas na zmianę zdania. Jego usta musnęły moje bardzo delikatnie, niemal ostrożnie. To powinien być krótki pocałunek na pokaz, ale nie był taki. Maks objął mnie w pasie i przyciągnął bliżej, a cała sala wraz ze stojącym obok Markiem straciły znaczenie. Przez kilka sekund nie udawaliśmy pary, tylko nią byliśmy. W tamtej chwili coś się zmieniło. Jakiś etap w moim życiu się zamknął, ale jedynie po to, żeby zrobić miejsce na kolejny.
– Chodźmy stąd – wyszeptałam. – Dosyć już pokazaliśmy innym. Teraz pora zrobić coś tylko dla siebie.


