To tylko osoba towarzysząca
0
(0)

Siedziałam przy stoliku w jednej z niewielkich kawiarni w centrum miasta tuż przy deptaku i zastanawiałam się, czy jednak tym razem nie przeginam. Wchodziłam na nieznane wody i wiele ryzykowałam tylko dlatego, żeby w oczach znajomych nie dostrzec politowania. W duchu tłumaczyłam sobie, że przecież nie robię niczego złego, zabezpieczam się, wybierając miejsce publiczne, a w razie jakichkolwiek kłopotów zawsze mogę się wycofać. Właśnie to spotkanie, kiedy miałam podjąć ostateczną decyzję, było moim zabezpieczeniem. Obiecałam sobie, że jeśli chłopak okaże się debilem, to odpuszczę sobie całą tę farsę. 

Jednak zacznijmy od początku. Przed kilkoma tygodniami dowiedziałam się, że moja przyjaciółka ze szkoły, Kaśka, bierze ślub. Z narzeczonym, Piotrem, byli już w związku od pięciu lat i uznali, że pora to sformalizować. Nie wnikałam, czy zależy im na dziecku, a może chcą wziąć kredyt na mieszkanie. Cieszyłam się ich szczęściem, ale martwiło mnie coś innego. 

– Na weselu będzie też Marek – powiedziała Kaśka po tym, jak wręczyła mi zaproszenie, na którym poza moimi danymi był też dopisek: „Wraz z osobą towarzyszącą”. – Nie chciałam zapraszać twojego byłego, ale Piotrek się uparł. Znają się jeszcze od piaskownicy, dlatego zależało mu na tym. 

 – Mam nadzieję, że nie próbujecie nas swatać – zapytałam, nawiązując do tego, że poznałam mojego eks właśnie przez Kaśkę i Piotrka.

 – Nie, to wykluczone – powiedziała moja przyjaciółka i roześmiała się donośnie. – On ma jakąś narzeczoną i planuje z nią ślub. Będzie z nią na weselu.

Dopiero kiedy powiedziała mi o narzeczonej, dotarło do mnie, dlaczego Kaśka w ogóle wspominała o Piotrku. Obawiała się, że będzie mi głupio, bo kilka miesięcy po naszym rozstaniu mój były już tworzył poważny związek, a ja nie. W tamtej chwili byłam wściekła na Kaśkę i wdzięczna jednocześnie, że ostrzegła mnie przed potencjalnie krępującą sytuacją. Nie chciałam wyglądać na zranioną ani samotną, a najmniej chciałam widzieć współczucie w oczach moich przyjaciół lub błysk triumfu na twarzy byłego. Nie opanowałam nagłego tygla emocji i wypaliłam:

 – To dobrze, bo ja też planuję przyjść z moim chłopakiem. 

Kaśka ucieszyła się i przytuliła mnie serdecznie, a potem zaczęła wypytywać o tajemniczego partnera. Rzuciłam kilka wymijających odpowiedzi, starając się ukryć to, że przecież nie miałam nikogo konkretnego na myśli. Wtedy jednak nie spanikowałam, bo miałam kilka tygodni na znalezienie jakiegoś wyjścia z sytuacji, najlepiej w postaci diabelsko przystojnego partnera. Z biegiem czasu odrzucałam jednak wszystkich potencjalnych kandydatów, jakimi mogli być moi dalsi kuzyni, koledzy ze studiów, czy nawet ten gamoń z pracy z działu sprzedaży, który wodził za mną maślanym wzrokiem. 

W akcie desperacji zdecydowałam się chwycić brzytwy. Założyłam konto na jednej z aplikacji randkowych i wyszukałam kilku potencjalnych kandydatów. Choć próbowałam prowadzić selekcję i wybrać spośród nich przynajmniej trzech facetów, od początku wiedziałam, że wyjście zaproponuję tylko jednemu. Maks był pewny siebie, dowcipny, ale nie arogancki. Po kilku korespondencjach i krótkiej wideorozmowie, zaproponowałam mu nietypowy układ: jedno wesele, kilka godzin udawania zakochanej pary i żadnych dalszych zobowiązań. Maks być może zachęcony imprezą lub perspektywą darmowej wyżerki, zgodził się na propozycję, ale postawił warunek: przed weselem musimy odbyć próbne spotkanie, żeby ustalić szczegóły i uniknąć wrażenia dwojga obcych ludzi. Podobało mi się, że podszedł do sprawy profesjonalnie i w środę przed weselem umówiliśmy się w kawiarni. Uznałam, że albo on, albo nikt. Jeśli spotkanie się nie uda, zrezygnuję z przedstawienia, przełknę gorycz porażki i pójdę na wesele sama. 

Tak właśnie znalazłam się w tym miejscu, pełna niepewności, wątpliwości i z mieszanymi uczuciami. Wybrałam stolik przy oknie, żebym mogła zobaczyć go wcześniej i w razie czego uciec tylnym wyjściem. Czy rzeczywiście planowałam ucieczkę? Skąd, przecież byłam dorosłą kobietą, która zaprosiła niemal obcego mężczyznę na wesele swojej najlepszej przyjaciółki tylko po to, żeby zrobić wrażenie na byłym. Sami przyznajcie, że ucieczka z kawiarni byłaby przy tym całkiem rozsądną decyzją.

Maks wszedł trzy minuty przed czasem. Rozpoznałam go natychmiast po ciemnej czuprynie, chociaż na zdjęciach miał krótsze włosy. Wraz z nim do kawiarni wpadła aura mężczyzny pewnego siebie, konkretnego i obiecującego świetną zabawę. Natychmiast przykuł spojrzenia innych kobiet. 

 – Wypad, dziwki, on jest mój – pomyślałam.

Rozejrzał się po sali, zauważył mnie i uśmiechnął się, prezentując rząd równych białych zębów. Odruchowo wyprostowałam plecy i odwzajemniłam uśmiech, wybierając z mojego repertuaru najbardziej serdeczny. 

 – Lena? 

 – Zależy, kto pyta.

 – Mężczyzna wynajęty do roli twojego chłopaka – odparł i bez pytania przysiadł się do stolika. – Bezpłatnie, co prawda, ale liczę na kolację i kawałek tortu.

Jak podobało Ci się nasze opowiadanie?

Oceń je!

Średnia ocena 0 / 5. Vote count: 0

Na razie nie ma żadnych ocen! Bądź pierwszym, który oceni!

O autorze