To tylko osoba towarzysząca
5
(2)

Nie czytałeś poprzedniej części? Sprawdź: To tylko osoba towarzysząca cz. I

Maks złożył zamówienie u kelnerki, a po kilku grzecznościowych pytaniach i odpowiedziach, przeszliśmy do konkretów. Wyjęłam z torebki kilka przyborów do pisania oraz notes z kartkami w kratkę zapisanymi drobnym druczkiem i przesunęłam w jego stronę.

 – Przygotowałam plan.

 – Oczywiście, że przygotowałaś.

 – Co to ma znaczyć?

 – Masz trzy długopisy.

Spojrzałam na leżące obok notesu przybory. Czarny, czerwony i zapasowy czarny.

 – Jeden może przestać pisać, a czerwonego zawsze używam do poprawek – wyjaśniłam.

– Zaczynam rozumieć, dlaczego szukasz chłopaka w aplikacji. Żaden przypadkowy człowiek z ulicy nie przeszedłby rekrutacji.

Próbowałam zachować powagę, ale parsknęłam śmiechem. Potrafił mnie rozbawić, zatem punkt dla niego. Okazał się też bardzo spostrzegawczy i miał do siebie dystans. 

 – Nie pijesz kawy? – zapytał, wskazując na filiżankę z herbatą ustawioną przede mną. 

 – Piję, kiedy mi smakuje. Ta tutaj mi nie smakuje.

 – A jednak wybrałaś tę kawiarnię.

Przyjrzałam się mu przenikliwie. Nadeszła pora, żeby sprawdzić w praktyce jego dystans. 

– Mają duże okna, dlatego wcześniej mogę zobaczyć, z kim mam do czynienia i w razie czego wezwać pomoc. 

Uniósł dłonie w geście poddania i pokiwał głową z uznaniem. Tymczasem ja otwarłam notes i przeszłam do konkretów: 

 – Poznaliśmy się trzy miesiące temu w księgarni.

Maks skrzywił się.

 – Nie znam nowości wydawniczych. Czytam głównie fantastykę. Poza tym to chyba zbyt romantyczne.

– Dobra, to poznaliśmy się na quizie w tym pubie muzycznym.

– To już lepiej. Byliśmy w przeciwnych drużynach, ale oboje znaliśmy odpowiedź na pytanie, które pogrążyło wszystkich innych – zaproponował.

 – Jakie?

Zastanowił się.

 – Jakie miasto jest stolicą Australii?

 – Canberra – odparłam.

 – Czyli jesteś bystrzejsza, niż jakieś 90 procent społeczeństwa – powiedział. – Niech to będzie to pytanie. Lećmy dalej. 

Ustaliliśmy, jak lubimy spędzać czas i na czym byliśmy ostatnio w kinie. Wymieniliśmy się informacjami o pracy, zainteresowaniach i ulubionych potrawach. Zapisywałam wszystko czarnym długopisem, a czerwonym naniosłam poprawki, co on skwitował uśmiechem. 

 – Teraz najważniejsze, twój były – powiedział. – Jak ma na imię?

Zacisnęłam palce na długopisie.

 – Marek.

 – Opowiedz mi o nim. Tylko kilka słów. Wiem, że to może być dla ciebie ciężkie. 

W kilku zdaniach opowiedziałam mu historię naszego prawie dwuletniego burzliwego związku. Słuchał mnie z zainteresowaniem i byłam wdzięczna, że nie zadawał żadnych dodatkowych pytań. 

 – Ostatni punkt to zasady – powiedziałam – Możemy trzymać się za ręce. Możesz mnie obejmować, ale bez przesady. Pocałunek tylko wtedy, jeśli okaże się konieczny.

 – Co dokładnie uznajemy za konieczność?

 – Będziesz wiedział.

 – To wyjątkowo nieprecyzyjne jak na kobietę z trzema długopisami.

Westchnęłam, ale przyznałam mu rację. 

 – Chodzi o sytuację, w której brak pocałunku wzbudziłby podejrzenia.

 – Rozumiem. A przed taką sytuacją mam złożyć wniosek pisemny czy wystarczy zgoda ustna?

 – Wystarczy, że zapytasz.

 – Zawsze pytam – odparł poważnie. W jego głosie pojawiła się pewność, która na moment odebrała całej sytuacji komediowy charakter. Wreszcie Maks wyciągnął rękę ponad stołem.

 – Mamy umowę?

Podałam mu swoją. Spodziewałam się krótkiego, formalnego uścisku, ale jego palce zamknęły się wokół moich powoli i pewnie. Poczułam ciepło jego dłoni i przez jedną dziwną chwilę żadne z nas nie cofnęło ręki.

 – Musimy chyba sprawdzić, czy potrafimy wyglądać naturalnie – powiedział.

 – To znaczy?

Nie puścił mnie, tylko przesunął kciukiem po boku mojej dłoni.

 – Trzymanie za rękę jest w umowie, co nie?

Serce uderzyło mi trochę szybciej, co było absurdalne. To miał być test, element przygotowań i nic więcej. Te emocje były niepotrzebne. 

 – Jesteś spięta – zauważył. 

 – Siedzę w kawiarni z mężczyzną, którego poznałam w aplikacji i uczę go, jak ma udawać, że jest we mnie zakochany. Mam prawo być spięta.

Maks przyjrzał mi się uważnie.

– Masz piękną twarz, na którą będę patrzył z największą przyjemnością. To już chyba dobra baza wyjściowa dla naszej gry. 

Roześmiałam się, bo tylko tak mogłam ukryć, jak mocno podziałały na mnie te słowa.

W dzień wesela Maks przyjechał po mnie taksówką i razem udaliśmy się do domu weselnego. W świetnie dopasowanym garniturze wyglądał znakomicie, a otwierając drzwi i pomagając mi wyjść z samochodu, zdobył kolejne punkty. Po chwili pokazał też, że dobrze pamięta wszystko to, o czym rozmawialiśmy. Przed wejściem do sali stał nie kto inny, tylko mój były. Przytulał jakąś tlenioną małolatę i gapił się na nią maślanymi oczami. W jednej chwili sparaliżował mnie strach i miałam ochotę odwrócić się i uciec. 

– To Marek? – zapytał Maks, na co tylko skinęłam mu głową. – Nic się nie martw, jestem przy tobie. 

Maks objął mnie w pasie, delikatnie, z ogromną czułością, a jednocześnie zdecydowanie. Poczułam przypływ pewności siebie i już nie bałam się konfrontacji. 

 – Cześć Marek – powiedziałam na powitanie. – Chciałabym powiedzieć, że miło cię widzieć, ale no cóż.

Marek uśmiechnął się protekcjonalnie. 

 – Wiem, że długo nie mogłaś się pozbierać po naszym rozstaniu, a tu proszę, nowy facet – odparł. – Mam nadzieję, że nie pomylisz sobie jego imienia z moim.

 – Bez obaw – wtrącił się Maks. – Lena już wprowadziła niezbędne poprawki czerwonym długopisem. 

Marek chyba zrozumiał, że Maks nawiązuje do mojego natręctwa i stosowania długopisów w dwóch kolorach, bo już nie odezwał się więcej. Udowodnił tym samym dwie rzeczy: że doskonale mnie zna i nie zamierza brać udziału w walce kogutów z Markiem.

Jak podobało Ci się nasze opowiadanie?

Oceń je!

Średnia ocena 5 / 5. Vote count: 2

Na razie nie ma żadnych ocen! Bądź pierwszym, który oceni!

O autorze