Nie czytałeś poprzedniej części? Sprawdź: To tylko osoba towarzysząca cz. I
Maks złożył zamówienie u kelnerki, a po kilku grzecznościowych pytaniach i odpowiedziach, przeszliśmy do konkretów. Wyjęłam z torebki kilka przyborów do pisania oraz notes z kartkami w kratkę zapisanymi drobnym druczkiem i przesunęłam w jego stronę.
– Przygotowałam plan.
– Oczywiście, że przygotowałaś.
– Co to ma znaczyć?
– Masz trzy długopisy.
Spojrzałam na leżące obok notesu przybory. Czarny, czerwony i zapasowy czarny.
– Jeden może przestać pisać, a czerwonego zawsze używam do poprawek – wyjaśniłam.
– Zaczynam rozumieć, dlaczego szukasz chłopaka w aplikacji. Żaden przypadkowy człowiek z ulicy nie przeszedłby rekrutacji.
Próbowałam zachować powagę, ale parsknęłam śmiechem. Potrafił mnie rozbawić, zatem punkt dla niego. Okazał się też bardzo spostrzegawczy i miał do siebie dystans.
– Nie pijesz kawy? – zapytał, wskazując na filiżankę z herbatą ustawioną przede mną.
– Piję, kiedy mi smakuje. Ta tutaj mi nie smakuje.
– A jednak wybrałaś tę kawiarnię.
Przyjrzałam się mu przenikliwie. Nadeszła pora, żeby sprawdzić w praktyce jego dystans.
– Mają duże okna, dlatego wcześniej mogę zobaczyć, z kim mam do czynienia i w razie czego wezwać pomoc.
Uniósł dłonie w geście poddania i pokiwał głową z uznaniem. Tymczasem ja otwarłam notes i przeszłam do konkretów:
– Poznaliśmy się trzy miesiące temu w księgarni.
Maks skrzywił się.
– Nie znam nowości wydawniczych. Czytam głównie fantastykę. Poza tym to chyba zbyt romantyczne.
– Dobra, to poznaliśmy się na quizie w tym pubie muzycznym.
– To już lepiej. Byliśmy w przeciwnych drużynach, ale oboje znaliśmy odpowiedź na pytanie, które pogrążyło wszystkich innych – zaproponował.
– Jakie?
Zastanowił się.
– Jakie miasto jest stolicą Australii?
– Canberra – odparłam.
– Czyli jesteś bystrzejsza, niż jakieś 90 procent społeczeństwa – powiedział. – Niech to będzie to pytanie. Lećmy dalej.
Ustaliliśmy, jak lubimy spędzać czas i na czym byliśmy ostatnio w kinie. Wymieniliśmy się informacjami o pracy, zainteresowaniach i ulubionych potrawach. Zapisywałam wszystko czarnym długopisem, a czerwonym naniosłam poprawki, co on skwitował uśmiechem.
– Teraz najważniejsze, twój były – powiedział. – Jak ma na imię?
Zacisnęłam palce na długopisie.
– Marek.
– Opowiedz mi o nim. Tylko kilka słów. Wiem, że to może być dla ciebie ciężkie.
W kilku zdaniach opowiedziałam mu historię naszego prawie dwuletniego burzliwego związku. Słuchał mnie z zainteresowaniem i byłam wdzięczna, że nie zadawał żadnych dodatkowych pytań.
– Ostatni punkt to zasady – powiedziałam – Możemy trzymać się za ręce. Możesz mnie obejmować, ale bez przesady. Pocałunek tylko wtedy, jeśli okaże się konieczny.
– Co dokładnie uznajemy za konieczność?
– Będziesz wiedział.
– To wyjątkowo nieprecyzyjne jak na kobietę z trzema długopisami.
Westchnęłam, ale przyznałam mu rację.
– Chodzi o sytuację, w której brak pocałunku wzbudziłby podejrzenia.
– Rozumiem. A przed taką sytuacją mam złożyć wniosek pisemny czy wystarczy zgoda ustna?
– Wystarczy, że zapytasz.
– Zawsze pytam – odparł poważnie. W jego głosie pojawiła się pewność, która na moment odebrała całej sytuacji komediowy charakter. Wreszcie Maks wyciągnął rękę ponad stołem.
– Mamy umowę?
Podałam mu swoją. Spodziewałam się krótkiego, formalnego uścisku, ale jego palce zamknęły się wokół moich powoli i pewnie. Poczułam ciepło jego dłoni i przez jedną dziwną chwilę żadne z nas nie cofnęło ręki.
– Musimy chyba sprawdzić, czy potrafimy wyglądać naturalnie – powiedział.
– To znaczy?
Nie puścił mnie, tylko przesunął kciukiem po boku mojej dłoni.
– Trzymanie za rękę jest w umowie, co nie?
Serce uderzyło mi trochę szybciej, co było absurdalne. To miał być test, element przygotowań i nic więcej. Te emocje były niepotrzebne.
– Jesteś spięta – zauważył.
– Siedzę w kawiarni z mężczyzną, którego poznałam w aplikacji i uczę go, jak ma udawać, że jest we mnie zakochany. Mam prawo być spięta.
Maks przyjrzał mi się uważnie.
– Masz piękną twarz, na którą będę patrzył z największą przyjemnością. To już chyba dobra baza wyjściowa dla naszej gry.
Roześmiałam się, bo tylko tak mogłam ukryć, jak mocno podziałały na mnie te słowa.
W dzień wesela Maks przyjechał po mnie taksówką i razem udaliśmy się do domu weselnego. W świetnie dopasowanym garniturze wyglądał znakomicie, a otwierając drzwi i pomagając mi wyjść z samochodu, zdobył kolejne punkty. Po chwili pokazał też, że dobrze pamięta wszystko to, o czym rozmawialiśmy. Przed wejściem do sali stał nie kto inny, tylko mój były. Przytulał jakąś tlenioną małolatę i gapił się na nią maślanymi oczami. W jednej chwili sparaliżował mnie strach i miałam ochotę odwrócić się i uciec.
– To Marek? – zapytał Maks, na co tylko skinęłam mu głową. – Nic się nie martw, jestem przy tobie.
Maks objął mnie w pasie, delikatnie, z ogromną czułością, a jednocześnie zdecydowanie. Poczułam przypływ pewności siebie i już nie bałam się konfrontacji.
– Cześć Marek – powiedziałam na powitanie. – Chciałabym powiedzieć, że miło cię widzieć, ale no cóż.
Marek uśmiechnął się protekcjonalnie.
– Wiem, że długo nie mogłaś się pozbierać po naszym rozstaniu, a tu proszę, nowy facet – odparł. – Mam nadzieję, że nie pomylisz sobie jego imienia z moim.
– Bez obaw – wtrącił się Maks. – Lena już wprowadziła niezbędne poprawki czerwonym długopisem.
Marek chyba zrozumiał, że Maks nawiązuje do mojego natręctwa i stosowania długopisów w dwóch kolorach, bo już nie odezwał się więcej. Udowodnił tym samym dwie rzeczy: że doskonale mnie zna i nie zamierza brać udziału w walce kogutów z Markiem.


