Wakacyjne romanse zazwyczaj pamięta się długo i wspomina z ogromnym sentymentem. Trudno powiedzieć, dlaczego tak jest. Być może bezwzględne rozstanie dwojga ludzi w określonym i nieprzewidzianym momencie zapobiega kłótniom, pogorszeniu relacji i wreszcie zniszczeniu wspomnień o tych dobrych chwilach. Ja mam kilka wspomnień wakacyjnych, ale jedno szczególnie zapadło mi w pamięci, bo było zerwane nagle i nieodwracalnie.
Tamtego lata pojechałem na wakacje do pracy w jednym z nadmorskich kurortów. Znajomy załatwił mi robotę na kuchni w jednej ze smażalni ryb. Stawka godzinowa nie powalała, a praca po 12 godzin na dobę sprawiała, że mogłem zapomnieć o korzystaniu z dobrodziejstw nadmorskiej miejscowości, ale nie narzekałem. Dla mnie, ucznia, który od września miał rozpocząć klasę maturalną, były to warunki wystarczające. Pracę zazwyczaj kończyliśmy koło północy, a smażalnię otwieraliśmy w południe, zatem po pracy mieliśmy jeszcze kilka godzin, żeby się pobawić, wypić piwo i pogadać z rówieśnikami.
Na Anetę zwróciłem uwagę już pierwszego dnia. Pracowała w knajpie przy przygotowywaniu posiłków, dlatego długie kasztanowe włosy zawsze miała spięte w wysoki kok i schowane pod czapeczką. Była niewysoka, bardzo drobna, ale przy tym niezwykle zgrabna. Lubiłem patrzeć w jej brązowe oczy, gdzie zawsze dostrzegałem iskierki radości, choć przy każdej naszej wymianie spojrzeń spuszczała skromnie wzrok. Aneta była bardzo nieśmiała i nie nawiązywała bliższych relacji z nikim, poza kilkoma koleżankami.
Brak śmiałości nie zrażał mnie jednak, a nawet pociągał, bo niedostępna dziewczyna roztaczała wokół siebie aurę tajemniczości. Od drugiego dnia starałam się jakoś nawiązać z nią bliższą relację, znaleźć się sam na sam i zagadać, ale nie wychodziło to dobrze. Szczęście uśmiechnęło się do mnie w najmniej spodziewanym momencie, bo w czasie przerwy. Wyszedłem z kuchni na zewnątrz z zamiarem odetchnięcia świeżym nadmorskim powietrzem i spędzenia czasu wolnego w samotnym spokoju.
Na zewnątrz było chłodniej niż w dusznej kuchni, a wieczorne powietrze pachniało morzem i smażoną rybą. Za restauracją stały skrzynki po napojach i stara drewniana ławka dla pracowników. Aneta siedziała właśnie tam, bokiem do wejścia, z podciągniętymi nogami i papierosem między palcami. Zatrzymałem się przy ścianie i przez moment po prostu na nią patrzyłem. Na kuchni zawsze była spięta i cicha, jakby próbowała zajmować jak najmniej miejsca. Teraz wyglądała bardziej prawdziwie, była zmęczona, trochę zła i jakby odrobinę zagubiona. Przez chwilę zastanawiałem się, czy wrócić do środka, ale usłyszałem, jak ciężko wypuszcza powietrze i coś mnie zatrzymało.
– Nie wiedziałem, że palisz – zagadnąłem, może niezbyt udanie.
Drgnęła lekko i spojrzała na mnie z niepokojem. Przez sekundę wyglądała, jakby chciała zgasić papierosa albo schować go za plecami.
– Ja… raczej nie palę.
Podszedłem bliżej i oparłem się o skrzynki obok niej.
– Mogę?
Wzruszyła lekko ramionami, więc usiadłem na brzegu ławki. Zostawiłem między nami trochę miejsca, bo nie chciałem, żeby pomyślała, że próbuję się narzucać. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Z przodu lokalu dalej było głośno za sprawą muzyki i śmiechów gości, ale tutaj wszystko wydawało się dużo spokojniejsze. Spojrzałem na nią kątem oka. Miała zaczerwienione oczy i odniosłem wrażenie, że to nie od dymu.
– Wszystko w porządku?
– Tak – odpowiedziała, ale zdecydowanie za szybko.
Westchnęła cicho i strzepnęła popiół na ziemię.
– Po prostu mam słaby dzień.
– My wszyscy mamy chyba słabe życie, skoro pracujemy w takim miejscu, jak to – odparłem.
Dziewczyna uśmiechnęła się, chociaż tylko na chwilę, ale to wystarczyło, żebym znów dostrzegł ten błysk radości w brązowych oczach. Wiatr poruszył jej włosami nadal upiętymi w kok i jakieś pojedyncze pasmo oddzieliło się od reszty, by opaść na policzek. Chciałem powiedzieć coś jeszcze, nawiązać mocniejszą relację, ale nagle kompletnie zabrakło mi pomysłu. Nigdy wcześniej normalnie nie rozmawialiśmy. Mijaliśmy się tylko przy stanowiskach i rzucaliśmy sobie ukradkowe spojrzenia, które równie dużo znaczyły, co nie znaczyły.
– Ty jesteś tu od początku wakacji? – zapytałem w końcu.
Skinęła głową.
– Drugi miesiąc.
– I jeszcze nie uciekłaś?
Spojrzała na mnie zaskoczona, a potem znów cicho się zaśmiała. To był pierwszy moment, kiedy zobaczyłem ją naprawdę rozluźnioną.
– A ty? – zapytała. – Drugi tydzień?
– Aż tak widać?
– Nadal kroisz bardzo wolno.
– Ale za to wszystkie palce mam całe – pomachałem dłonią przed jej oczami na dowód tego, że mówię prawdę.
Znów się uśmiechnęła, tym razem dłużej, ale chyba właśnie wtedy pierwszy raz pomyślałem, że chciałbym zobaczyć ten uśmiech w innej sytuacji, a nie tylko przypadkiem, gdzieś za restauracją, między skrzynkami po napojach. Kolejny dar od losu dostałem już wieczorem, choć początkowo odebrałem to jako karę. W ciągu dnia ruch był duży i wieczorem kuchnia wyglądała jak po wojnie: mokra podłoga, sterty naczyń i walające się wszędzie odpadki produktów spożywczych. Trzeba było to uprzątnąć i kierownik wskazał na mnie, żebym został po godzinach, w zamian za dwie godziny wolnego do wybrania. Zgodziłem się i ze spuszczoną głową ruszyłem po miotłę. Dopiero po chwili zauważyłem, że Aneta nadal stoi przy zlewie z rękawami podwiniętymi aż za łokcie. Nawet nie spojrzała w moją stronę, tylko szorowała metalową miskę z takim skupieniem, jakby od tego zależało jej życie.
– Ty też dostałaś karę? – rzuciłem.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– No za coś tu chyba zostawiają po godzinach. Bo nie powiesz mi, że robimy to dobrowolnie.
Przez chwilę patrzyła na mnie poważnie, a potem cicho prychnęła śmiechem. Muszę przyznać, że polubiłem te jej reakcje. Mężczyzna może uznawać się za szczęściarza, jeśli potrafi rozbawić kobietę.
– Zrobię sobie wcześniej wolne w sobotę i pójdę popływać w morzu w nocy – odparła.
– Świetny plan – przyznałem. – Ja też będę miał do wybrania godziny, zatem może…
– Zabieraj się do sprzątania, bo nas tu świt zastanie – przerwała mi, ale ja widziałem, że ukradkiem śmieje się z mojego żartu.
Tylko że ja przecież wcale nie żartowałem.

