Jako pierwszy z wnętrza speluny wydobył się ciężki odór skwaśniałego piwa latami odkładający się na elementach wyposażenia, ścianach, wykładzinie i gościach tego przybytku. Dopiero później zauważyłam mocniejszy blask światła dochodzący gdzieś z okolic baru i kilka słabszych lampek rzucających promienie świetlne na ustawione przy ścianach stoliki. Natychmiast poczułam na sobie wzrok kilkunastu par oczu, należących głównie do mężczyzn i to takich, którzy względem kobiet z reguły mieli tylko jeden zamiar. Starałam się nie patrzeć na ponure twarze robotników, drobnych oszustów, kiboli i szemranych typów z wytatuowanymi ramionami i szyjami. Pewnym krokiem podeszłam do baru i usiadłam na wysokim krześle. Zrobiłam to z wprawą w taki sposób, że praktycznie żaden z przyglądających się mężczyzn nie spostrzegł, co skrywam pod spódnicą.

Natychmiast zjawił się przy mnie barman – mężczyzna po pięćdziesiątce, postawny, którego wyraz twarzy sugerował, że nic go już w życiu nie zdziwi. Pracując wiele lat w tym miejscu, musiał widzieć rzeczy, które przesunęły granicę jego zaskoczenia na poziom nieosiągalny dla wielu zwykłych ludzi. Jednak elegancko ubrana kobieta po czterdziestce w barze dla lumpów była wydarzeniem, które może go nie zaskoczyło, ale z pewnością było nietypowe nawet jak na jego standardy. 

 – W czym mogę pomóc szanownej pani – odezwał się głębokim niskim głosem.

 – Uważa pan, że potrzebuję pomocy? – zapytałam przekornie.

 – Jeśli jeszcze nie teraz, to może za chwilę bezie pani jej potrzebowała – odparł. – To nie jest miejsce dla eleganckich kobiet. Tu może pani znaleźć najwyżej jakiegoś bandziora lub zwykłego chama.

 – To dobrze – odparłam. – Szukam właśnie takiego odpowiednio szorstkiego chama. 

* * * 

Kilka godzin wcześniej byłam jeszcze w całkiem innej scenerii. Wygodny fotel pod tyłkiem, szerokie biurko z blatem imitującym drewno i ogromny ekran z sekwencją tabelek i cyfr, które mój mózg natychmiast przetwarzał na dane, dochód i zysk przedsiębiorstwa. Zza przeszklenia, które zajmowało niemal całą ścianę frontową najwyższej kondygnacji, widziałam panoramę miasta z góry. Z założonymi o siebie nogami rozparłam się wygodnie na fotelu i patrzyłam na małe domy, które wyglądały teraz, jakby ułożono je z klocków. 

Rozległo się pukanie do drzwi, a później nieśmiały męski głos zapytał:

 – Pani prezes, czy mogę wejść?

Gestem zaprosiłam mężczyznę do siebie. Marek, mój bezpośredni podwładny i kierownik działu zaopatrzenia, przemieszczał się powoli, jakby szedł na szafot. Znał mnie od prawie pięciu lat, dlatego wiedział, że to porównanie nie jest wcale tak odległe od rzeczywistości. Nie wskazałam mu krzesła, choć takie znajdowało się po drugiej stronie biurka, zmuszając do tego, żeby przyjął wobec mnie pozycję raportującego żołnierza. 

 – Co tam znów się stało? – zapytałam nieco zbyt opryskliwie. 

 – Pani prezes, mamy problem z jedną dostawą – Mężczyzna natychmiast przeszedł do sedna, rzucając mi wyuczoną formułkę, ale nie ustrzegł się drżenia głosu. 

 – Jaką znowu dostawą? – zapytałam, nadając tonowi głosu wyraźnej irytacji. To wystarczyło, żeby mężczyzna nie był już w stanie ukryć zdenerwowania. 

 – Zamówiliśmy te podzespoły do pomp ciepła z Azji, te, na które tak bardzo czeka nasz klient. 

 – Ten wykonawca, który zapłacił dużo więcej, żeby podzespoły były na jutro? – upewniłam się, choć doskonale wiedziałam, o jakiego klienta chodzi. 

 – Tak, właśnie ten – powiedziała Marek, a krople potu już szkliły się na jego czole. – Mieliśmy jakiś problem z odprawą w porcie i te podzespoły tam utknęły. Dzisiaj jest piątek i żaden z naszych kierowców już po to nie pojedzie. Jeśli pojadą w poniedziałek, to biorąc pod uwagę ruch w dokach po weekendzie i opóźniony załadunek, ten towar będzie u klienta w środę.

 – A obiecaliśmy najpóźniej sobotę, tak? – upewniłam się.

 – A obiecaliśmy sobotę – przyznał i spuścił głowę.

 – Chcesz mi powiedzieć, że przez to, że nie jesteś w stanie dogadać się z kierowcą, ja mam stracić kontrakt na kilka milionów złotych? Czy ty jesteś normalny? 

Facet milczał, ale w jego postawie zobaczyłam coś nowego. Już nie tylko bał się mnie, ale zaczął żarzyć się w nim gniew. Podobało mi się to i postanowiłam dmuchnąć w tę iskierkę z odpowiednią mocą. 

 – To masz dwa wyjścia – powiedziałam zdecydowanie. – Albo kogoś zatrudnisz na szybko i pokryjesz koszty, albo samemu wsiądziesz w auto i jeszcze dzisiaj przewieziesz te podzespoły z portu do klienta. Ty decydujesz. 

Marek prychnął z oburzeniem.

 – Jestem kierownikiem działu, a nie kierowcą! – syknął. – To nie należy do moich obowiązków!

 – Jak tego nie załatwisz, to wypierdolę cię dyscyplinarnie i napiszę taką opinię, że nigdzie już nie znajdziesz roboty! No, chyba że jako kierowca. 

Marek zacisnął zęby i pięści. Teraz już nie krył gniewu. Pochylił się do przodu, jakby chciał mnie uderzyć. Marzyłam o tym, żeby skoczył na mnie z pięściami, uderzył w twarz, wyszarpał za włosy, a potem zrobił wszystko to, co agresywny i napalony samiec robi z kobietą. Już na samą myśl o tym poczułam mrowienie w kroczu i przyjemne motylki w brzuchu. Marek jednak wybrał inną ścieżkę negocjacji, pewną, taką, która nie miała szans przynieść żadnego efektu, ale którą znał. 

 – Pani Danusiu – powiedział najbardziej uległym głosem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Jest weekend, ja mam żonę, małe dzieci. 

Naciągnęło mnie z obrzydzenia. Zupełnie nie tego oczekiwałam.

 – Zejdź mi z oczu – powiedziałam i odprawiłam go machnięciem dłoni.

 – Cipa nie facet – mruknęłam do siebie, kiedy już byłam w biurze sama. 

Tagi:

O autorze