Nie czytałeś poprzednich części? Sprawdź:

Artysta cz.I,

Artysta cz.II.

Stałem przed wejściem do małej kawiarni obok galerii, wciąż mając w głowie prace z wystawy Teresy. Światło z ulicznych lamp odbijało się w szybach lokalu, a ja zastanawiałem się, czy to był dobry pomysł zaproponować jej spotkanie po wernisażu. Zobaczyłem ją, kiedy szła od strony budynku. Miała na sobie ciemny płaszcz i szal, który luźno opadał na ramiona. W świetle lamp wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem z sali wystawowej – była  spokojna, pewna siebie, jakby wiedziała, że ludzie patrzą na nią trochę dłużej, niż powinni.

Zrobiłem kilka kroków w jej stronę.

 – Myślałem, że już poszedłeś – powiedziała. 

 – A ja myślałem, że już uciekłaś – odparłem.

Uśmiechnęła się lekko.

 – Po takim dniu należy się nam chyba coś mocniejszego niż kawa.

Otworzyłem drzwi lokalu i przepuściłem ją przodem. W środku było ciepło, a wnętrze wypełniało przytłumione światło i cichy jazz płynący gdzieś z ukrytych głośników. Usiedliśmy przy stoliku pod ścianą i przez chwilę rozmawialiśmy o wystawie, obrazach i o tym, jak ludzie reagowali na prace Teresy. Jednak bardzo szybko przestało chodzić o sztukę. Zauważyłem, że kiedy mówiła, czasem patrzyła na mnie uważniej, niż wymagałaby tego rozmowa. Jakby coś sprawdzała, może oceniała, a na pewno ważyła w głowie. 

 – Wiesz – powiedziała w pewnym momencie. – Kiedy zaproponowali mi tę wystawę, zastanawiałam się, kto będzie ją przygotowywał.

 – I co myślałaś?

 – Nie spodziewałam się, że to będzie ktoś tak młody.

Uśmiechnąłem się.

 – To źle?

Pokręciła głową powoli.

 – Jeszcze nie wiem. 

Jej głos był spokojny, ale w słowie „jeszcze” było coś, co sprawiło, że poczułem jakieś wewnętrzne napięcie. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi i dlaczego tak reaguję, ale brzmiało to, jak obietnica, szansa na coś pięknego w przyszłości. Przez chwilę milczeliśmy. Widziałem, jak po krawędzi kieliszka przesuwa palcem z pomalowanym na bordowo paznokciem. Milczenie stawało się ciężkie, a napięcie między nami niemal wyczuwalne. Początkowo myślałem, że to tylko ja mam takie odczucia, jednak po chwili wszystko się zmieniło. 

 – Wiesz, że to nie jest najlepszy pomysł – powiedziała w końcu.

 – Co nie jest najlepszym pomysłem? – zapytałem. 

Spojrzała na mnie znad kieliszka.

 – To, że siedzę tutaj z opiekunem swojej wystawy i pozwalam mu patrzeć na siebie w taki sposób.

 – W jaki?

Jej usta drgnęły w uśmiechu.

 – Dokładnie w taki.

Speszyłem się i pewnie zarumieniłem, ale nie zaprzeczyłem. Nie potrafiłbym. Było w niej coś, co przyciągało mnie od pierwszego dnia przygotowań, choć jej chłód gasił tę emocję. Nie chodziło tylko o to, że wbrew wielkiemu rozsądkowi podobała mi się jej twarz czy sylwetka, ale fascynował mnie sposób, w jaki się poruszała, mówiła, czy patrzyła na ludzi. Dojrzałość, która nie potrzebowała niczego udowadniać, bo sama w sobie była czymś unikalnym. 

Teresa odchyliła się lekko na krześle.

 – Ile masz lat? – zapytała.

 – Trzydzieści dwa – odparłem. 

Skinęła głową, jakby coś w myślach potwierdzała.

 – To prawie dwadzieścia lat różnicy – powiedziała cicho.

 – Po co to liczysz?

 – Zastanawiam się.

Nachyliłem się trochę bliżej stołu, nie spuszczając z niej wzroku. 

 – Nad czym?

Spojrzała mi w oczy, pewnie, stanowczo, ale tym razem bez uśmiechu.

 – Czy powinnam przerwać tę rozmowę, zanim zrobi się zbyt interesująca i nie będzie można już zrobić kroku wstecz. 

Poczułem, że to napięcie między nami zgęstniało i paraliżowało ruchy, jakbyśmy oboje wpadli do jakiejś balii z klejem. To była chwila, w której każde z nas wiedziało, że można jeszcze wszystko zatrzymać praktycznie bez większych konsekwencji. Można też jednak zrobić krok dalej.

 – Do jakich wniosków doszłaś? – zapytałem.

Przez kilka sekund milczała, a potem odstawiła kieliszek i wstała.

 – Chodźmy się przejść – powiedziała.

Na zewnątrz było chłodniej i prawie całkiem pusto. Szliśmy obok siebie w milczeniu. Słyszałem tylko stuk jej obcasów i własny oddech, który z jakiegoś powodu stał się nagle bardziej świadomy. Zatrzymała się pierwsza i odwróciła się w moją stronę.

 – To jest ten moment – powiedziała spokojnie. – W którym mogę wrócić do domu i wszystko zostanie jak dawniej.

Zrobiłem pół kroku w jej stronę i wkroczyłem do jej osobistej niewidzialnej bańki. 

 – A druga opcja?

Patrzyła na mnie chwilę, ale już nie z wyższością dojrzałej kobiety w stosunku do młodszego faceta. W jej oczach było coś, co wyglądało jak decyzja podejmowana właśnie teraz.

 – Druga opcja – powiedziała cicho – polega na tym, że przestajemy udawać, że nie wiemy, dokąd to prowadzi.

Nie odpowiedziałem, tylko po prostu na nią patrzyłem. W mroku nocy i świetle ulicznych latarni wyglądała zjawiskowo – nie jak jakieś ciało na jedną noc, ale obietnica czegoś wyjątkowego. W pewnym momencie uśmiechnęła się tak, jakby sama była zaskoczona swoimi emocjami. 

 – Myślę, że dziś nie mam ochoty być rozsądna.

Teraz to ona podeszła pół kroku do przodu, a to wystarczyło, by pokonać całą dzielącą nas odległość. Stanęła na palcach, a ja pochyliłem się odrobinę, pozwalając, by nasze usta się połączyły. 

Przeczytaj kolejną część: Artystka cz. IV.

O autorze