Nie czytałeś poprzedniej części? Sprawdź: Odpowiednio szorstki cham cz.I

Wieczorem poszłam do wspomnianego już baru w jakiejś obskurnej dzielnicy przemysłowej. W lokalu siedziało kilkunastu mężczyzn, wszyscy gapili się na mnie z zainteresowaniem, a wielu z bezczelnością, jednak tylko jeden okazał się na tyle odważny, żeby przysiąść się do mnie i zagadać. Roman był wielki, może nie świetnie zbudowany, ale wielki. Koszulka polo z krótkim rękawkiem i rozpiętymi guzikami pod szyją odsłaniała kolorowe tatuaże pokrywające całe ramię i część klatki piersiowej. Nie był zbyt lotny i jego podryw ograniczył się do kilku bardzo klasycznych zwrotów, jednak nie szukałam intelektualisty. Otaczałam się takimi w pracy i z podobnymi chodziłam na randki, ale żaden z nich nie potrafił dać mi satysfakcji. Zazwyczaj udawało się to właśnie tym dysponującym mniej lotnym umysłem, za to pewną szorstkością w obyciu. 

Pozwoliłam mu się poderwać. Przez kilka pierwszych minut udawałam niedostępną, jednak nie na tyle, żeby się zniechęcił, ale żeby musiał się odrobinę wysilić. Później bardziej otwarłam się na jego zaloty i głupie żarty. Nawet starałam się coś odpowiadać i udawać trochę mniej bystrą, niż byłam w rzeczywistości. Wiadomo, że mądremu jest łatwiej udawać głupiego, niż głupiemu mądrego, ale mimo tego było to dla mnie wyczerpujące. Chyba się udawało, bo z każdą chwilą olbrzym przełamywał niewidzialną barierę, niby przypadkiem muskał moją dłoń, albo rzucał jakimś niewybrednym komplementem. Czuł, że jest blisko i jak odpowiednio poprowadzi tę gierkę, otworzy sobie piękne perspektywy na dzisiejszy wieczór. Ciekawa jestem, jak by się zachował, gdyby wiedział, że to nie on zarzuca wędkę, tylko jest łowiona rybką?

Po pół godziny tych nieudolnych zalotów dopiłam paskudnego drinka, położyłam na blacie napiwek dla barmana i oznajmiłam Romanowi, że muszę się zbierać, bo chyba nie tego szukałam w tym lokalu. 

 – To może cię odprowadzę, piękna? – zaproponował.

 – Dokąd chcesz mnie odprowadzić? – zapytałam i wyobraziłam sobie reakcję portiera na moim zamkniętym osiedlu, kiedy zobaczyłby mnie w towarzystwie tego olbrzyma. 

 – Masz mi coś innego do zaproponowania? – zapytałam i wlepiłam w niego wzrok. 

Nie spłoszył się. Uniósł kąciki ust w grymasie, który miał być uśmiechem, ale w innych okolicznościach zwiastowałby zgoła co innego.

 – Mogę zabrać cię do siebie – zaproponował i w uśmiechu wyszczerzył zęby. Wyjątkowo zadbane, muszę przyznać.

 – Nie boisz się zapraszać obcych do swojego mieszkania? – zapytałam.

 – Pytanie jest inne – odparł. – Czy ty nie boisz się pójść do mnie sama. 

Potem przysunął się i szepnął mi do ucha. 

 – Sąsiedzi narzekają, że kiedy przyprowadzam do domu jakąś kobietę, to przez całą noc słychać tylko jej krzyki.

Nie musiałam sobie nawet tego wyobrażać, żeby poczuć przyjemne ciarki w podbrzuszu. 

 – To odważna deklaracja – szepnęłam mu do ucha, a później delikatnie dotknęłam małżowinę językiem. – Mam nadzieję, że staniesz na wysokości zadania. 

Jego mieszkanie nie było zapuszczoną norą z odrapanymi ścianami, pełną karaluchów i pustych butelek po winie, czego się obawiałam. Okazała się przytulną kawalerką, gdzie brakowało kobiecej ręki, ale za to była czysta i urządzona schludnie. W centralnym miejscu w okolicach wielkiego telewizora stały puchary i trofea zdobyte na zawodach MMA. Brutalna siła, bezwzględność i skłonność do zadawania bólu były tymi cechami, które bardzo ceniłam w mężczyznach, oczywiście do pewnego stopnia. Zrobiło mi się mokro na samą myśl o tym, co może mnie tu czekać. Po szybkim rekonesansie postanowiłam odrzeć Romana ze wszelkich wątpliwości, jeśli jeszcze jakiekolwiek zachował. Podeszłam do niego bardzo blisko, oplotłam ręce o wielki kark i pocałowałam go w usta. Wsunęłam mu język głęboko, a on podjął grę i nasze narządy smakowe zaczęły wirować w tańcu i lepiej się poznawać. 

 – Chyba nie ma sensu proponować ci herbaty czy czegoś? – rzucił między pocałunkami.

 – Nie – odparłam. – W zamian za to chciałabym, żebyś mnie dobrze zerżnął. Zrób ze mną, co chcesz. 

Roman może nie był zbyt bystry, a jego zainteresowania ograniczały się do mordobicia, jednak prostych propozycji nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Nie pocałował mnie, bo jemu ostre rżnięcie się z tym nie kojarzyło, zresztą podobnie jak mnie. Za to chwycił mnie za włosy, delikatnie, ale jednak bardzo stanowczo, i zmusił do tego, żebym uklękła. Jedną dłonią stale trzymał mnie za włosy, a drugą rozpiął sobie rozporek i zsunął spodnie, a potem bokserki. Jego fiut nie był jeszcze sztywny, ale już mogłam ocenić, że Roman nie tylko posturę ma imponującą. Wsadził mi go do ust i nie puszczając włosów, nadziewał mnie na ten wielki kawałek mięsa. Czułam, jak napływa do niego coraz więcej krwi, sztywnieje w środku i wypełniał mnie coraz bardziej. Z każdym pchnięciem sięgał głębiej, dotykał migdałów, a później nawet dochodził do przełyku. W pewnym momencie zaczęłam się krztusić własną śliną, dusić i kaszleć, ale on nie przestawał. Zatrzymał się, dopiero kiedy oparłam się dłońmi na jego udach i wbiłam paznokcie w skórę. Pozwolił mi na chwilę odpocząć, złapać kilka głębokich oddechów i znów nabił sobie moją głowę na sztywnego drąga. Zrobił tak jeszcze dwa lub trzy razy, zanim złapał mnie pod pachy i podniósł w górę. Przyjrzał się z bliska mojej twarzy. Musiał zobaczyć załzawione oczy, ślinę na brodzie i szyi, rozczochrane włosy, a także resztki rozmazanego makijażu. Uśmiechnął się krzywo, w swoim stylu, a potem zaprowadził mnie do sypialni i popchnął na łóżko.

Tagi:

O autorze