Sala wystawowa w Domu Kultury wyglądała jak niezbyt atrakcyjna kobieta, która zrzuciła z siebie ubrania noszone w pracy, a jeszcze nie założyła sukni wieczorowej – goła i nieciekawa. Dotychczasowa ekspozycja dobiegła końca, a technicy rozmontowywali resztkę eksponatów i instalacji. Na podłodze stały oparte o ściany skrzynie z obrazami, które stanowiły część nowej wystawy, a dwóch pracowników technicznych mierzyło odległość między uchwytami pod kolejne prace. Stałem właśnie przy środkowej ścianie z planem ekspozycji w ręku i przyglądałem się ich pracy, kiedy drzwi otworzyły się i do środka weszła ona.
Rozpoznałem ją od razu. Widziałem jej zdjęcia w katalogach i artykułach, ale na żywo wyglądała inaczej. Była wyższa, bardziej wyrazista, ubrana w wielokolorową lekką sukienkę i dziwne nakrycie głowy kojarzące mi się z jakimiś indyjskimi wierzeniami. W jej sposobie chodzenia było coś bardzo żywiołowego, a jednocześnie pewnego, jakby doskonale wiedziała, jaki cel chce osiągnąć.
– Dzień dobry pani Tereso – powiedziałem, podchodząc bliżej. – Nazywam się Tomasz Grudziński i jestem odpowiedzialny za ekspozycję.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby sprawdzała, czy nie doszło tu do jakiejś pomyłki. Miała błękitne oczy, pełne młodzieńczego wigoru, który trochę kontrastował z jej wiekiem.
– Ty? – zapytała.
– Tak, ja – potwierdziłem, zdobywając się na grzeczny uśmiech. – Pani dyrektor uznała, że najlepiej nadaję się do tego zadania.
Teresa Then, znana plastyczka i malarka, przez moment milczała.
– Spodziewałam się kogoś… bardziej doświadczonego – powiedziała, nie patrząc na mnie, tylko na ściany galerii.
Uśmiechnąłem się lekko, choć poczułem bolesne ukłucie irytacji.
– Doświadczenie bywa przereklamowane – zdobyłem się na ripostę. – Ja miałem okazję przygotowywać tu wystawy prac wszystkich najwybitniejszych światowych artystów, którzy odwiedzili nasze miasto.
Nie skomentowała tego, bo choć brzmiało to górnolotnie, oboje wiedzieliśmy, że tych artystów było tylko kilku. Zamiast tego kobieta podeszła do jednej ze ścian, gdzie pracownicy techniczni właśnie wieszali pierwszy obraz. Stała przed nim chwilę, analizując ustawienie.
– Za nisko – powiedziała w końcu.
Jeden z techników spojrzał na mnie pytająco, na co ja otwarłem plan wystawy i wyszukałem odpowiedni obraz.
– Według planu ta praca jest na wysokości półtora metra nad ziemią – odpowiedziałem spokojnie. – Później do niej będzie mocowana instalacja…
Przerwałem, bo kobieta odwróciła się w moją stronę z nieprzyjemnym grymasem na twarzy.
– Właśnie dlatego jest za nisko – powiedziała.
Podeszła bliżej obrazu i uniosła rękę, jakby chciała wyznaczyć nową linię.
– Technicznie to wystarczy, ale w przestrzeni galerii w tym ustawieniu przestronność obrazu będzie dla widza nieczytelna.
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu.
– Przestrzeń wystawy została zaplanowana tak, żeby widz prowadził wzrok od lewej do prawej ściany – powiedziałem w końcu.
Kobieta uniosła brew.
– Najwyraźniej człowiek w twoim wieku jeszcze nie rozumie, jak funkcjonuje przestrzeń wystawy i jak zapewnić kompatybilność prac z miejscem.
Złożyłem plan i wsunąłem go pod pachę.
– Być może – powiedziałem spokojnie. – A jednak to ja odpowiadam za tę przestrzeń, a wszystkie elementy ustalono z panią drogą mailową.
Jej spojrzenie zrobiło się chłodniejsze.
– Czyli nie zamierzasz przesunąć obrazu?
– Zamierzam zobaczyć całość instalacji, zanim zaczniemy ją poprawiać.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, a potem odwróciła się z powrotem do ściany.
– W takim razie zobaczymy, jak to będzie wyglądało – powiedziała sucho i wyszła z sali, a drzwi zamknęły się za nią trochę głośniej, niż było to konieczne.
Jeden z techników spojrzał na mnie z półuśmiechem.
– Niezła babka – powiedział. – Zadbana, zgrabna i taka charakterna.
– Ja bym powiedział, że trudna i najwyraźniej przekonana, że wszyscy wokół powinni się do niej dostosować.
No cóż, po pierwszym spotkaniu zanosiło się na trudną współpracę. Kobieta miała koło pięćdziesiątki i była starsza ode mnie o jakieś dwadzieścia lat, ale to nie oznaczało, że mogła mnie traktować z góry. Niestety w ciągu kilku następnych dni moje przypuszczenia się sprawdziły. Teresę widziałem głównie przy stole z dokumentami albo w swoim aseksualnym stroju, kiedy poprawiała ustawienie prac i mówiła technikom, że wszystko robią nieprawidłowo. Starałem się ją omijać, dlatego szczęśliwie uniknęliśmy tarć, ale do wystawy została ostatnia prosta, czyli najtrudniejszy i najbardziej stresujący okres.
Wpadłem do galerii w wieczór poprzedzający inaugurację wystawy. Główna sala była już prawie pusta, wszystkie elementy były gotowe, a przy jednym ze swoich obrazów stała Teresa. Teraz jednak wyglądała inaczej, w prostej sukience idealnie dopasowanej do sylwetki, z trochę niesfornie rozrzuconymi jasnymi włosami i rękami skrzyżowanymi na piersi. Pierwszy raz popatrzyłem na nią jak na kobietę i to nie byle jaką. Była piękna, elegancka i emanowała pewnością siebie charakterystyczną dla dojrzałych inteligentnych kobiet.
Podszedłem bliżej i stanąłem obok. Z bliska widziałem, że jej twarz jest zmęczona po całym dniu pracy, ale w tym zmęczeniu było coś subtelnego, czego wcześniej nie zauważyłem. Delikatne zmarszczki przy oczach, ciepły kolor skóry, spokojny sposób patrzenia. Zorientowałem się, że przyglądam się jej dłużej, niż powinienem, dopiero kiedy nasze spojrzenia się spotkały.
– Coś nie tak z obrazem? – zapytała. – A może ze mną?
– Nie – odpowiedziałem szybko. – Wszystko w porządku.
Przez moment miałem wrażenie, że zaraz się uśmiechnie, jakby czytała w moich myślach i wiedziała dokładnie, o czym pomyślałem, ale tylko odwróciła się z powrotem w stronę jej dzieła.
Przeczytaj kolejną część: Artystka cz. II.

