To nie był tylko seks. To było metafizyczne przeżycie, które stanowiło połączenie dwóch ciał w jedno. Czułem ją każdym zmysłem i najmniejszym nerwem mojego ciała, jakbym nie tylko ją dotykał, smakował i wąchał, ale całą chłonął niczym gaz. Dawała mi satysfakcję, rozkosz, a wreszcie spełnienie, ale ja też starałem się jej to odwzajemniać. Wiedziałem, że jej to daję, a uświadamiałem siebie to w jakiś dziwny, niezrozumiały dla mnie sposób, bez użycia standardowych zmysłów. Nie chciałem kończyć. Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie i bez tej odrobiny smutku tuż po spełnieniu. 

Wszystko, co dobre szybko się kończy. Ten sen też nie mógł trwać wiecznie. Obudziłem się z poczuciem smutku i niedosytu, choć mój sterczący członek nadal był jeszcze w tamtym śnie i z tamtą kobietą. W życiu nie mogłem liczyć na nic podobnego, bo po rozstaniu z moją ostatnią stałą partnerką starałem się nie angażować w związki. Umawiałem się z kobietami, często nawet zapraszałem je do siebie na noc, ale niemal wszystkie związki kończyły się na śniadaniu następnego dnia. Przygodny seks jest fajny, zwłaszcza dla osób będących w stałym związku. Jednak podczas takich spotkań zaspokaja się tylko swoje potrzeby fizjologiczne, bo stworzenie jakieś głębszej więzi z praktycznie obcą kobietą jest niemożliwe. 

Po przebudzeniu jeszcze długo leżałem w łóżku, starając się odtworzyć możliwe najwięcej szczegółów z tego snu, żeby zapamiętać go jak najlepiej. Zapisałem sobie w pamięci twarz kobiety koło trzydziestki, czyli pewnie mojej rówieśniczki. Miała ostre kości policzkowe i podłużną twarz z małymi ustami oraz dużymi brązowymi oczami. Gęste ciemne włosy z rdzaworudymi końcówkami miała spięte wysoko na czubku głowy. Szczególnie mocno odcisnęło mi się w pamięci jej ciało: smukłe, zadbane, z drobnymi piersiami i szczupłym brzuchem, choć nie za bardzo umięśnionym. Miała na sobie samonośne pończochy, które nadawały jej elegancji dojrzałej kobiety. Na bladej skórze wyróżniał się jedynie ciemniejszy ślad tuszu umieszczonego pod skórą w kształcie bluszczu, który wił się wzdłuż jej kręgosłupa i kończył kwiatem w rozkwicie gdzieś w okolicach karku. 

Zapamiętałem też otoczenie, chociaż wydawało się bardzo abstrakcyjne. Byliśmy wewnątrz jakiegoś zabytkowego budynku o bardzo wysokich i przestronnych salach. Ściany były białe, a na każdej z nich wisiał jakiś obraz, grafika lub inna praca. Doskonale pamiętam tapicerowaną sofę ze zdobionymi poręczami i oparciem, na której się kochaliśmy. Nad nami wisiał obraz przedstawiający kobietę na koniu. Zwierzę było czarne jak węgiel i kontrastowało z bladą skórą kobiety i jej złocistymi włosami. 

Wstałem z łóżka i z uwieczniona sceną miłosnego uniesienia przed oczami zacząłem zbierać się do pracy. Czekał mnie ciężki dzień, ale pocieszałem się, że wieczorem znów się położę i może uda mi się wrócić jeszcze raz do tego samego snu. W pracy siedziałem przy biurku i uzupełniałem śmieszne tabelki w arkuszu kalkulacyjnym, ale w głowie bez przerwy miałem kobietę z moich snów. Nadałem jej imię Klara, bo skojarzyło mi się z elegancką i piękną kobietą. Przywracałem obraz jej ciała, tatuażu, drobnych ust i dużych brązowych oczu. Z biegiem minut i godzin z przerażeniem zauważyłem, że wspomnienie blaknie i obraz się zaciera. 

Na przerwie usiadłem w jadalni i jedząc drożdżówkę popijaną kawą, scrollowałem internet. Szukałem informacji o tym, jak zachować obraz marzeń sennych na dłużej i trafiłem na pojęcie świadomego snu. Polegało to na wywołaniu stanu, w którym śpiąca osoba zdaje sobie sprawę, że śni, a dzięki temu może przejąć kontrolę nad wydarzeniami. Natychmiast zdałem sobie sprawę z możliwości, jakie dawałoby mi skontrolowanie tego snu. Mógłbym zapytać kobietę o jej imię, może udałoby mi się z nią porozmawiać, albo umówić się na kolejny wieczór. Może było to niezbyt racjonalne, ale dlaczego nie spróbować. Przecież świadomy sen to zjawisko potwierdzone naukowo, które pozwala walczyć z koszmarami. Dlaczego nie użyć go do powtórzenia i rozwinięcia dobrych snów? 

 – A tutaj jesteś – usłyszałem za swoimi plecami głos szefa. – szukałem cię.

Gruby mężczyzna w drogim garniturze i starannie wypielęgnowanej fryzurze zdążył zajrzeć mi przez ramię na ekran telefonu, zanim ja zdążyłem go wyłączyć. 

 – Dopiero połowa dniówki, a ty już myślisz o spaniu? – zapytał pół żartem. 

 – Tak tylko czytałem – zacząłem się tłumaczyć. – To z dziedziny psychologii. 

 – Dobra, nieważne – powiedział. 

Poklepał mnie po ramieniu, a potem rzucił na stół kopertę.

 – Szukałem cię, bo mam dla ciebie prezent. Nasza firma w ramach Społecznej odpowiedzialności biznesu wspiera lokalne placówki kultury. Tak się stało, że od jednej z nich dostaliśmy zaproszenie na jakieś otwarcie, czy wystawę. Nie wiem do końca – dodał z zakłopotaniem.

 – Co ja mam z tym wspólnego? – zapytałem.

 – Chciałbym, żebyś to ty tam poszedł w imieniu firmy. Jesteś kierownikiem działu promocji i reklamy, potrafisz się zachować w towarzystwie, no to chyba nie zrobisz wiochy. Potraktuj to jako dodatkową premię uznaniową i oznakę zadowolenia zarządu z twojej pracy. 

 – Dziękuję – odparłem i schowałem kopertę do wewnętrznej kieszeni marynarki. 

Szybko o niej zapomniałem, bo znów wróciłem myślami do treningu świadomego snu, jaki czekał mnie dziś wieczorem i do potencjalnego spotkania z Klarą. 

Część 2 

Świadomy sen okazał się umiejętnością, której nie dało się wyuczyć na zawołanie. Pierwszej nocy nie tylko nie wróciłem we śnie do mojej Klary, ale wcale nie miałem żadnego snu. Przez kolejne dni próbowałem notować każdy sen zaraz po przebudzeniu, zgodnie z tym, co wyczytałem w poradniku, ale też nie przynosiło to żadnych efektów. Jednej nocy podczas jakiegoś koszmaru zdałem sobie sprawę, że to tylko sen i przebudziłem się, ale to był jedyny efekt moich ćwiczeń. 

W piątek wieczorem wypiłem kilka drinków i chyba to odblokowało jakąś zapadkę w mojej głowie. Pierwszy raz miałem świadomość, że śnię. Nie budząc się, przywołałem w pamięci obraz tamtego wnętrza z białymi ścianami, sofę tapicerowaną z bogato dekorowanymi poręczami i kobietę. Poczułem się, jakbym wchodził do wnętrza tego budynku, przemierzał korytarze i pomieszczenia, aż wreszcie dostrzegłem to właściwe. Klara już czekała na sofie. Jej blade ciało było nagie, jedynie nogi okrywały samonośne rajstopy. Podszedłem do niej i zapytałem o imię. 

 – Weronika – odpowiedziała, nie otwierając ust. 

 – Dotychczas nazywałem cię Klarą, ale Weronika też mi pasuje – odparłem.

Kobieta uśmiechnęła się, a potem z lekkim zniecierpliwieniem w głosie powiedziała:

 – Będziemy rozmawiać o imionach, czy przejdziemy do tego, po co tu jesteśmy?

Nie jestem pewien, czy te słowa także powiedziała bez otwierania ust. Na pewno otwarła je później, kiedy obejmowała mojego członka wargami i chowała go wewnątrz, pozwalając dotrzeć nim niemal do samego gardła. Przy tym jednocześnie pieściła moje jądra dłonią, wyzwalając kolejne fale podniecenia. Była przed nami cała noc, a ja już znajdowałem się w siódmym niebie. Cieszyłem się nie tylko z tej pieszczoty i z tego, że dawała mi ją tak elegancka oraz piękna kobieta. Przepełniała mnie radość z tego, że wreszcie ją odnalazłem w swoich snach. 

Nie jestem w stanie dokładnie przedstawić wydarzeń, które działy się później. Znów nie odbierałem jej w klasyczny sposób za pomocą znanych mi zmysłów, ale jakoś podświadomie, jakby rozkosz wpływała bezpośrednio do mojego mózgu. Czułem bliskość, ciepło, akceptację drugiego człowieka, ale nie pamiętam szczegółów naszego stosunku, pozycji, w jakich się kochaliśmy, i tego, które z nas doszło szybciej. To było tak nierealne i inne od wszystkiego, czego doświadczyłem w realnym życiu z prawdziwymi kobietami, że starałem się nawet nie analizować szczegółów. Pozostawiłem tamtą część snu taką, jaka była, ciesząc się tym, że znów trafiłem do tego miejsca. 

Rano, po przebudzeniu tradycyjnie starałem się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły tego snu. Z wypiekami na twarzy zapisywałem przebieg całego zajścia, zatrzymując się na dłużej na dodatkach, których wcześniej nie zauważyłem. Wiedziałem już, że to pomieszczenia jest częścią większego kompleksu, urządzonego w podobnym stylu, jakby jakiegoś muzeum. Z pamięci udało mi się wyrysować trasę od wejścia do budynku, przez poszczególne pomieszczenia, aż do sali, w której czekała na mnie Klara, a w zasadzie Weronika. Mój sen stopniowo zaczął nabierać tak realnych kształtów, że przestawał być już tylko marą, a stawał się czymś niemal namacalnym. 

Zamknąłem oczy i jeszcze raz starałem się wrócić do snu, począwszy od wejścia do tego budynku. Odtworzyłem sobie w pamięci wielkie zdobione drzwi, a te po chwili skojarzyły mi się z czymś, co znałem ze świata realnego, nie tylko ze snu. Długo nie mogłem uchwycić tego skojarzenia i szukałem w pamięci podobnego obrazu. Po chwili zacząłem szukać czegoś podobnego w internecie, wpisując na oślep różne hasła do wyszukiwarki. Myśl nadal pozostawała nieuchwytna. To było bardzo nieprzyjemne uczucie, jakbym chwilę wcześniej coś pamiętał, a w obliczu egzaminu właśnie ta myśl wypadła mi z głowy, pozostawiając w niej pustkę. 

Ze złością porzuciłem pomysł odnalezienia w realnym świecie obiektu z mojego snu. To było bardzo nieprzyjemne, ale nie mogłem wymyślić niczego innego. Zacząłem się zastanawiać, czy sam nie jestem sobie winien. Tak bardzo chciałem, żeby to wszystko było realne, tak często wracałem do swojego snu i tak wiele uwagi poświęcałem nagiej kobiecie na sofie, że w końcu świat realny zaczął mi się mieszać z tym snem. Postanowiłem zostawić na jakiś czas te myśli i zająć się sprawami, którymi zazwyczaj zajmowałem się w wolny dzień. W pierwszej kolejności musiałem zrobić zakupy, bo moja lodówka świeciła pustkami. Postanowiłem też zanieść do czyszczenia moją marynarkę, a kiedy przygotowywałem ją do tego i przeglądałem kieszenie, z wewnętrznej wypadła koperta z zaproszeniem na wernisaż. Ta sama, którą wręczył mi szef i do której zajrzałem tylko raz, odczytując nazwę wydarzenia. 

Nagłe olśnienie objawiło się błyskiem, który całkowicie odebrał mi świadomość i umiejętność realnego myślenia. Otwarłem kopertę i wyjąłem z niej kartonowe zaproszenie. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie drzwi wejściowych do galerii, dokładnie tych samych, które tak dobrze zapamiętałem z mojego snu. W jednym momencie przypomniałem sobie więcej szczegółów: plakaty z nazwą wydarzenia, stoliki z przekąskami i kalendarz, na którym czerwonym okienkiem zaznaczono datę. Dzisiejszą datę i tą samą, która widniała na zaproszeniu. Wernisaż zaczynał się dzisiaj o dziewiętnastej, a ja miałem jeszcze tylko kilka godzin, żeby się do niego przygotować. 

Część 3 

Nie jestem w stanie teraz wyjaśnić, czego oczekiwałem od tego wyjścia. Wmawiałem sobie, że ta wizja drzwi prowadzących do galerii sztuki, a potem zaproszenie od szefa, które dał właśnie mi, to nie może być przypadek. Drzwi ze snu dostrzegłem właśnie teraz, kiedy już kompletnie zapomniałem sobie o wernisażu w galerii. Z pierwszego snu zupełnie ich nie pamiętałem. Jednak im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym mocniej zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo moje myślenie jest irracjonalne. No bo jak mogłoby to wszystko się ze sobą wiązać innym elementem niż przypadek? Nie sposób było tego inaczej wyjaśnić. 

Nie zamierzałem się już dłużej nad tym zastanawiać, a jednocześnie postanowiłem nie wiązać z dzisiejszym wernisażem większych nadziei. Po prostu chciałem tam pójść i dobrze się bawić, a jeśli przy okazji rzucą mi się w oczy jakieś elementy, które zapamiętałem z mojego snu, to będzie tylko przyjemny dodatek. Ubrałem się wieczorowo, bez przesady, ale z klasą, a godzinę przed planowanym rozpoczęciem imprezy wyszedłem z domu. 

Na miejsce przybyłem kilka minut przed czasem, a zanim wszedłem do środka, dokładnie przyjrzałem się zdobionym drzwiom. Tak, to były te, które widziałem w śnie. Tu nie mogło być mowy o pomyłce. Choć zjawiłem się przed dziewiętnastą, galeria była już niemal pełna ludzi żądnych sztuki. Poczęstowałem się lampką wina musującego od przechodzącego w pobliżu kelnera, wysłuchałem przemówienia organizatora na temat pochodzenia obrazów zgromadzonych na wystawie, a potem ruszyłem wraz z tłumem podziwiać współczesne malarstwo klasyczne, a może jakieś inne, tylko wszystko poprzekręcałem. 

Nie ma co się oszukiwać – na malarstwie nie znam się zupełnie. Nie miałem pojęcia, na co patrzeć na obrazie, żeby rozpoznać jego jakość, i co powinienem podziwiać. Nie znałem też nikogo w tym towarzystwie, z kim mógłbym porozmawiać lub chociaż wspólnie napić się musującego wina. Chodziłem więc po galerii od pomieszczenia do pomieszczenia, starając się sprawiać wrażenie znawcy. Wreszcie wpadłem na pomysł, że spróbuję odtworzyć trasę, którą przebyłem w moim śnie. Wróciłem się do drzwi i bez wiary w sukces. Potem kolejno pokonywałem zakręty, przemierzałem pomieszczenia i korytarze, starając się znaleźć salę z obrazem, na której była blada kobieta na czarnym wierzchowcu. Zamarłem, kiedy w jednym z pomieszczeń trafiłem na tapicerowaną sofę z oparciem i bogatymi zdobieniami na poręczach, nad którą wisiał obraz kobiety na koniu. Przeszedł mnie zimny dreszcz. To była ta sama sala, w której w moim śnie kochałem się z Klarą, albo Weroniką. Co prawda na sofie nie siedziała moja kobieta, a zamiast niej w pomieszczeniu stało kilku gapiów i podziwiało obraz, ale miałem pewność, że to jest ta sama sala. 

Zastanowiłem się, co mi daje to odkrycie i co ono właściwie znaczy. Przecież na dobrą sprawę to jeszcze nic nie znaczyło, a sen mogłem zbudować na bazie jakiś dawnych wspomnień. No dobrze, może nigdy wcześniej nie byłem w tej galerii, ale przecież mogłem zwiedzić ją w jakimś wirtualnym spacerze. Większość muzeów daje taką możliwość, a ja po kilku drinkach przeglądam w internecie wiele przypadkowych stron. Może gdzieś widziałem jakąś reklamę tej wystawy, a obraz z nagą bladą kobietą na koniu wyjątkowo zapadł mi w pamięć? Takie rzeczy się zdarzają, a podświadomość jest niezbadana. Kiedy wreszcie potrafiłem sobie racjonalnie wytłumaczyć tę sytuację, pojawiła się ona.

Najpierw zobaczyłem ją tylko kątem oka, a właściwie nie całą postać, a sam kok upięty wysoko na czubku głowy. Przechodziła z jednego pomieszczenia do drugiego, znikając mi z oczu niczym zjawa w dawnych horrorach. Ruszyłem szybkim krokiem w miejsce, gdzie ją widziałem, jednak kobiety już tam nie było. Tym razem zobaczyłem jej sylwetkę gdzieś na końcu korytarza, kiedy skręcała w prawo i wchodziła do jakiegoś pomieszczenia. Podbiegłem w tamtą stronę, przeszedłem przez te same drzwi i znalazłem się w największej sali w budynku. Była tam bufet, scena i mnóstwo ludzi. Weronikę zobaczyłem gdzieś na końcu sali. Patrzyła w moim kierunku, jednak z widoczną niepewnością, bo kiedy nasze spojrzenia się spotkały, odwróciła wzrok. Trudno się dziwić – mogła być wystraszona. W końcu mnie nie znała, a ja biegałem za nią po całej galerii. Z tej odległości trudniej było mi ją poznać, bo była… ubrana. Miała na sobie zieloną suknię balową i złoty naszyjnik, których nie miała w moim śnie. Jednak rozpoznałem ciemne włosy z rudymi końcówkami, ostre kości policzkowe i małe usta. 

Postanowiłem podejść bliżej i się upewnić, czy to ona. Przecisnąłem się przez tłum i po chwili znalazłem się tuż za jej plecami. Kobieta jakby czuła na sobie mój wzrok, bo po chwili odwróciła się w moją stronę. Spojrzała na mnie brązowymi oczami, dokładnie takimi samymi, jakie pamiętam ze snu. Zatrzepotała rzęsami, jakby próbowała złapać ostrość, albo chciała dopasować moją twarz do wizerunku jakiegoś człowieka, którego znała. Miałem wrażenie, że coś sobie przypomniała i jej oczy otwarły się szerzej ze zdziwienia, jednak po chwili straciła mną zainteresowanie i wróciła do oglądania obrazu wiszącego na ścianie. 

Skierowałem wzrok nieco niżej na jej sukienkę i oniemiałem. Wycięcie na plecach odkrywało tatuaż przedstawiający kwiat w rozkwicie, umieszczony w okolicach karku. Nie było wątpliwości, że ta kobieta jest Weroniką z moich snów. Jak to było możliwe? Kim ona jest i czy ma pojęcie, że o niej śnię? Do głowy cisnęło mi się wiele pytań, jednak zadałem tylko jedno:

 – Weronika? – zapytałem.

Kobieta odwróciła się i jeszcze raz popatrzyła mi w oczy. Potem zmierzyła mnie z góry do dołu, a kiedy jej wzrok znów przeciął się z moim, była w nim już wyraźna figlarna radość. 

 – Tak, Weronika – odparła. – Ale Klara też brzmi ładnie.

Część 4

Chwilę później staliśmy w kącie sali w miejscu, w którym mimo tłumu nikt nas nie podsłuchiwał. Wpatrywałem się w brązowe oczy kobiety i zastanawiałem się jak to możliwe, że postać ze snów teraz materializuje się przede mną w postaci prawdziwej kobiety z krwi i kości. W jej przypadku byłem pewien, że nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej. Zapamiętałbym te oczy, elegancką postawę i drobne gesty, które mogły być jej nawykiem. 

 – Jak to możliwe? – zapytałem.

 – Co? – odparła, spoglądając na mnie z rozbawieniem.

 – Że znam cię z mojego snu. Przecież to nieracjonalne. Czy ja nadal śnię?

Weronika uśmiechnęła się po raz kolejny.

 – Spójrz na zegarek i odczytaj godzinę – poleciła.

Zrobiłem, jak kazała. Była 20.15. Potem dziewczyna opowiedziała mi o sobie kilka faktów, które pozwoliły mi przypisać ją do konkretnego osiedla, które znałem, a także do firmy, w której pracowała. Na koniec znów zapytała o godzinę. Była 20.16.

 – We śnie godziny na zegarku nigdy nie są logiczne – wyjaśniła. – Także żadna z postaci nie opowiada o sobie szczegółów, które pozwalając ci dowiedzieć się o niej więcej. 

 – Czyli nie śpię?

 – Moim zdaniem to wystarczający dowód – odparła.

 – To jak to możliwe, że tak dokładnie wszystko widziałem w moim śnie? Że widziałem to miejsce, to pomieszczenie z sofą, obraz, a nawet poznałem twoje imię? Jak to wszystko można racjonalnie wytłumaczyć?

Weronika wzruszyła ramionami, wciąż racząc mnie tym tajemniczym uśmiechem.

 – Jeśli byś wyszedł nieco poza szablon swoich myśli, dałoby się to wytłumaczyć. Wystarczy przyjąć założenie, że czas nie płynie tylko w jednym kierunku. Może to, co ci się śniło, już się wydarzyło, jednak nie przed snem, a po nim? Twój mózg już to przeżył, ale ciało jeszcze nie. 

Słuchałem jej uważnie i próbowałem zrozumieć, co do mnie mówi, ale nic z tego nie wychodziło. Klocki tej opowieści nie wskakiwały na swoje miejsce. 

 – Ale jak to zrobiłaś? – dopytywałem. – Co spowodowało tę zmianę czasu? Dlaczego właśnie nas to dotknęło?

Kobieta przysunęła się do mnie bliżej. Poczułem zapach jej perfum, dotyk dłoni i ciepło ciała. 

 – Czy naprawdę chcesz teraz się nad tym zastanawiać? 

Pociągnęła mnie za rękę, przeszła przez jakieś drzwi i po chwili znaleźliśmy się w pomieszczeniu z tapicerowaną sofą i charakterystycznym obrazem na ścianie. Tym razem wokół nie było nikogo, nie docierał też gwar rozmów, muzyka i żadne odgłosy wernisażu, które wcześniej nas otaczały. Kobieta przylgnęła do mnie, objęła za szyję i pocałowała w usta. Potem odwróciła się tyłem i rozkazała:

 – Rozepnij mi sukienkę.

 – Ale przecież… 

 – Nikt tu nie wejdzie – przerwała mi, jakby wyczuwając moje obawy. – W tej sali jesteśmy w innym czasie, a galeria jest zamknięta. 

Zawahałem się, jednak na krótko. Potem rozpiąłem suwak jednym powolnym posunięciem, czemu towarzyszyło ciche brzęczenie. Opuszkami palców dotknąłem skóry kobiety w miejscu, gdzie wytatuowany był kwiat. Połączenie naszych ciał wywołało reakcję, jakby przepłynął przez nas prąd elektryczny. Na plecach Weroniki pojawiła się widoczna gęsia skórka, natomiast mnie przeszedł dreszcz, który ostatecznie skupił się w okolicach podbrzusza. 

Przesunąłem materiał sukienki poza linię ramion, pozwalając jej spłynąć na podłogę. Spadając, odsłaniała stopniowo jasną skórę pokrywającą całe ciało kobiety: jej drobne ramiona, delikatne plecy, wąską talię, lekko wypukłe pośladki i wychodzące z nich szczupłe uda. Jedynie nogi od połowy uda do stóp zasłaniały samonośne czarne rajstopy. Weronika zrobiła krok i wyswobodziła nogi z leżącej w nieładzie sukienki, a jednocześnie zsunęła ze stóp czarne szpilki. Powolnym ruchem obróciła się do mnie, pokazując swoje ciało w całej okazałości. Początkowo starałem się nie patrzyć na nią, skupiając uwagę na brązowych oczach. Kiedy jednak tylko na moment spuściłem wzrok nieco niżej, już przepadłem. Nie mogłem oderwać oczu od jej malutkich piersi i zgrabnego brzucha, a gładko wygolone podbrzusze zachęcało do tego, żeby pieścić go językiem. 

Weronika znów się odwróciła i zanim zrozumiałem, co się dzieje, siedziała już na tapicerowanej sofie, tej samej, na której widziałem ją we śnie. Gestem dłoni zachęciła mnie, żebym podszedł bliżej, a potem rozpięła mi pasek, zsunęła spodnie i pozwoliła wydostać się na zewnątrz nabrzmiałemu członkowi. Kiedy brała go do ust, niemal straciłem kontakt z rzeczywistością i musiałem oprzeć się dłonią o ścianę, bo z pewnością bym się przewrócił. 

Przez następne minuty tapicerowana sofa stała się areną naszych wspólnych igraszek. Najpierw starałem się odwdzięczyć Weronice i językiem drażniłem jej szparkę, doprowadzając do pierwszego orgazmu. Obdarowała mnie sokami tak słodkimi, że jeszcze chyba nigdy wcześniej żadna kobieta nie smakowała mi tak bardzo. Kiedy wreszcie rozchyliła uda i zaprosiła mnie do środka, nie mogłam opanować radości. Patrząc jej w oczy i delikatnie pieszcząc małe piersi, wsunąłem członka do jaskini rozkoszy. To było jak połączenie dwóch żywiołów, dwóch światów, które od wieków błąkały się po różnych galaktykach, szukając siebie nawzajem. 

Kochaliśmy się mocno i długo, pieszcząc wzajemnie, szukając najbardziej wrażliwych miejsc i głośnym nieskrępowanym krzykiem oznajmiając najwyższą rozkosz. Nie wiem, ile to trwało, bo w tamtych chwilach nie miał znaczenia czas – ten, który już upłynął i ten będący jeszcze przed nami. Liczyło się tu i teraz, a ta chwila trwała w nieskończoność. Można powiedzieć, że mi się udało i spełniłem marzenie senne o nieprzemijającej chwili rozkoszy i więzi silniejszej, niż ludzki umysł.